Hej. Nazywam się Tomasz Musielak, ur. 1979, mgr filozofii UAM Poznań. Do tej pory moim największym życiowym osiągnięciem było samodzielne stworzenie w roku 1994 gry "Trener" na mikrokomputer Commodore 64, pierwszego polskiego menedżera piłkarskiego na tę platformę umożliwiającego poprowadzenie drużyny w lidze polskiej - oprócz dużej popularności w naszym kraju, gra ta krążyła potem również po innych państwach, przetłumaczona przez kogoś uczynnego na język angielski, którego wtedy jeszcze nie znałem - w czym z dużą satysfakcją zorientowałem się po latach i przy okazji dzięki, 'Maja'; a w roku powstania była nominowana do tytułu najlepszej polskiej gry na 8-bitowce przez magazyn 'Top Secret'. W każdym razie potem w liceum nie miałem za bardzo żadnych przyjaciół, uznając kontakty z rówieśnikami za niewskazane w moim przypadku, gdyż z przekonaniem postrzegałem wszystkich "na dzień dobry" jako zbyt głupich, żeby z nimi rozmawiać, skoro w wolnym czasie nie wydawali własnych gier; skromny był ze mnie gość, nie ma co. Z kolei następnie pewnie właśnie z tego powodu na studiach okazałem się osobą spektakularnie opóźnioną w rozwoju psychicznym, totalnie "niewyrobioną", gadającą głową przeświadczoną, że wszystko zawiera się w słowach ewentualnie głupim śmiechu, niezdolną do szczerego okazywania emocji, skrytą za parawanem sztuczności w bojaźni pieczołowitego udawania, że jestem kimś, kim myślałem, że powinienem być, czyli jakąś zmiennokształtną wypadkową cudzych sugestii i popularnych przejawów rzekomej normalności - latami z mozołem z tego wychodziłem i powoli odrabiałem straty do rówieśników w sferze inteligencji emocjonalnej, niepewnie ucząc się, jak być sobą również w obecności innych - który to cel wyznaczyłem sobie nazajutrz rano po dziewiętnastych urodzinach, kiedy na imprezę do akademika przyjechali znajomi z liceum i z zupełnie innej beczki ze studiów, a ja kompletnie bez powodzenia próbując zabawiać wszystkich naraz i swoją osobą zespolić towarzystwo, uświadomiłem sobie z niepowtarzalną przykrością i częstym w dawnych latach uczuciem dławiącego wstydu, który koniecznie trzeba ukryć przed całym światem, że jedni znają mnie jako kogoś prawie zupełnie innego, niż drudzy, ponieważ zawsze nieco inaczej do nich mówiłem i grałem przed nimi w sumie dość różne postacie, elastycznie dostosowując swój sposób bycia i myślenia do klimatu danej grupy znajomych; już nigdy więcej nie chciałem przeżyć takich urodzin, po których byłem zmęczony niczym aktor po spektaklu o bliźniakach, który w dodatku okazał się wielką klapą. Wiadomo, że o pełen sukces w publicznym rozpościeraniu skrzydeł własnej tożsamości w niektórych okolicznościach jeszcze pewnie przez wieki będzie trudno, np. podczas załatwiania czegoś bardzo ważnego (jak rozmowa o pracę albo obrona pracy magisterskiej) czy w obliczu znacznej przewagi liczebnej agresywnych Ziemian - ale nawet częściowe powodzenie to jest już zupełnie inne życie, niż zanim zaczęło się w siebie wierzyć i przestało wstydzić własnej osobowości, może akurat pozytywnie odmiennej od widzimisię scenarzystów seriali dla młodzieży: to dni bez leków i wstydu, pogardy dla samego siebie ani ze strony innych mniej udawanych osób, a rozmawiając ze znajomymi czy obcymi, człowiek już się tak nie męczy i dużo rzadziej od tego stroni, np. udając, że kogoś nie widzi na ulicy. Jeśli ktoś zna ten problem, to daję cynk, że nie jest łatwo i to nie przychodzi samo, wręcz trzeba pokonać samego/samą siebie - ale na mur beton się opłaca; poza tym potem można też np. mieć własne zdanie o różnych sprawach, zamiast ciągle odczuwać przymus posiadania poglądów podobnych jak reszta.
Ufo interesuję się od niedawna i prawie już mam dosyć, ale skoro tak zniechęcają, to jeszcze trochę pociągnę. Myślałem, że to będzie tak fajnie - bracia z gwiazd, nieziemskie pojazdy, świetlane przesłania duchowe - a tu się okazuje, że póki co równie dużo jest o jakichś przebiegłych potworach, piciu krwi, masowo znikających obywatelach i skrytobójczym uciszaniu "gadających największe bzdury". Z tą stronką to prosta sprawa - w szkole było co nieco o odwadze cywilnej, że to obowiązek każdego Polaka wobec społeczeństwa, no to zwyczajnie robię to, co uważam za słuszne i potrzebne temu światu niczym antidotum; w świetle zdobytej wiedzy gdybym się tym nie zajmował, to chyba od rana do wieczora czułbym się jak tchórzliwe zero nie zasługujące na szczęście od losu - już chyba właśnie wtedy bardziej obawiałbym się, czy mnie przypadkiem nie spotka kiedyś coś złego, skoro siły wyższe nie miałyby już żadnego powodu się mną opiekować i zaznaczać mi moich błędów na czerwono. Skoro nasze władze mają ręce związane dyktatem mocarstw rozdających w tej chwili karty i gotowych robić cały świat w konia, a koncesjonowane media - polityką władz, to najwyraźniej ktoś inny musi to stymulować, a mnie jest zapewne choćby o tyle łatwiej, że przez całe życie towarzyszyło mi raczej silne wrażenie, że nic mi się nie może stać, jak gdyby chroniła mnie jakaś niewidzialna siła - moc - przeznaczenie - bez kitu; poza tym mam grube i wyraźne linie życia na obydwu dłoniach na ponad 90 lat, tak że gdyby coś przykrego jednak mi się przytrafiło, to przynajmniej jeszcze zza grobu jedną rzecz udowodnię, obalając mit o wiarygodności wróżenia z ręki. Pod koniec października roku 2007 z nudów wynikłych z zakorkowania mózgu (akurat planowałem sobie na nowo zostać programistą gier komputerowych i przez rok bez przerwy czytałem o współczesnych algorytmach sztucznej inteligencji, aż w końcu nie mogłem już dłużej na nie patrzeć, bo to tylko tak ciekawie brzmi) wpisałem sobie dla odprężenia trzy literki "ufo" we wyszukiwarkę internetową, a po kilku dniach ubawu, kręcenia głową nad ludzkim debilizmem i łatwowiernością, podśmiechiwania się przed monitorem i właściwego przemądrzałemu racjonaliście trzeźwego sceptycyzmu, z niedowierzaniem i bezprecedensowym w całym życiu zdziwieniem zacząłem przyznawać pewne prawdopodobieństwo możliwości, że ten Billy Meier faktycznie już dawno sfotografował jakieś latające spodki - o których zresztą każdy przecież kiedyś słyszał - ale jest to od lat starannie ukrywane przed całą ludzkością przez niezidentyfikowane i najwyraźniej totalnie cichociemne globalne władze (których istnienie i tak jeszcze długo nie mogło mi się pomieścić w głowie, stojąc w sprzeczności z całą uprzednio starannie zgromadzoną wiedzą o świecie - dopóki po obejrzeniu setek niezależnych filmów dokumentalnych nie zacząłem w końcu rozumieć, jak coś takiego faktycznie mogłoby funkcjonować w praktyce, powstałe, wdrożone i zakamuflowane kto wie, ile dekad temu), a zdaje się niemniej też zatajają to te władze znane, lecz widocznie w rzeczywistości o wiele bardziej samolubne i szemrane, niż to się wszystkim wydaje i przedstawia w telewizorze - ponieważ z jakiegoś powodu nie chcą, żeby ludzie dowiedzieli się o doniosłym fakcie wizyt przybyszy z daleka, który bez wątpienia zmieniłby przecież cały świat i powszechny sposób myślenia - to pewnie o to w sumie chodzi, żeby wszystko zostało po staremu, na rękę elitom sprawującym obecnie kontrolę i dzięki niej mogącym decydować, co według miliardów jest rozsądne, a co niedorzeczne i ledwie o włos od przejawów choroby psychicznej; nie tylko przekaz Plejaran jest bardzo krytyczny wobec jawnych i niejawnych kręgów władz, jak również niepokojącej apatii ludzkich mas, w ogóle nie zdających sobie nawet sprawy, na jakim świecie żyją i co rano wstają do pracy, ani kim tak naprawdę są i mogliby być, gdyby znali prawdę o sobie. Dalej zaraz zacząłem więc drążyć, kto konkretnie i właściwie dlaczego mógłby ukrywać sprawę tego kalibru, jak to w ogóle możliwe i wykonalne w kontekście wolnych mediów - a w ten sposób równie szybko, co nieoczekiwanie i ze zrozumiałą zgrozą natknąłem się na prawdę o zamachach z 11 września, od razu w powalającej na deski formie wypowiedzi byłego prezydenta Włoch Francesco Cossigi i byłego sekretarza obrony Niemiec Andreasa von Buelow. Nigdy wcześniej nie interesowałem się żadną geopolityką, postrzegając ją jako arenę konfrontacji ambicji nudnych stetryczałych sztywniaków i niewyżytych młodych nawiedzonych, raczej z wygody kreowałem się na wymuskanego inteligencika "na poziomie" i humanistę oczytanego, że hej, broń Boże nie byłem też żadnym alterglobalistą ani amatorem niszowych wersji historii, jak również bynajmniej nie spędzałem dni na poszukiwaniu informacji o latających spodkach, nie spodziewając się znaleźć niczego wiarygodnego w tym temacie, "bo to by przecież o tym powiedzieli, gdyby cokolwiek ruszyło się w tak ważnej sprawie, tylko oszołomy i paranoicy wierzą w te popaprane schizy, wprost śmieszne i godne tylko kretynów teorie spiskowe, żyją w tym swoim świecie dołujących bzdur, bo jak zresztą sami mówią, w ogóle nie czytają gazet, więc potem nic dziwnego, że kompletnie nie orientują się co do faktu, że akurat nasze pokolenie ma wyjątkowego farta i nie musi już o nic się upominać, zajmować niczym poza robieniem kasy, wesołym spędzaniem czasu na zabawie, rozrywkach, starannym dbaniu o fryzurę i piciu piwa wieczorami - skoro generalnie z tym światem w końcu jest dobrze i wszystko przejrzyście w większości interesujących nas krajów, bo to zwykli ludzie wybierają osoby podejmujące najważniejsze decyzje, a niezależne media na bieżąco je kontrolują, nie uznając żadnych tematów tabu - w zgodnej opinii najsłynniejszych dziennikarzy z najlepszych dzienników i najrzetelniejszych kanałów tv, politologów, historyków oraz renomowanych komentatorów, najwyraźniej mamy tę demokrację i w pełni wolne media, rozumie to cały cywilizowany świat, każdy nawet średnio inteligentny i tak sobie poinformowany człowiek - więc niby jak, do licha, jakim cudem tylko garstka outsiderów mogłaby znać zupełnie inną prawdę i mieć rację, że niby jak oni do tego doszli i gdzie wyczytali, skoro nigdy nigdzie nie było o tym napisane ani słychać w radiu, choć tyle zamieszczają artykułów o drobnostkach i emitują audycji poświęconych znikomej wagi niuansom codziennego życia - na pewno wszyscy dziennikarze z całego świata by to tak pomijali, uczestnicząc w wielkim międzynarodowym spisku; aha, już w to wierzę..." - ujmuję to tak dokładnie, bo naprawdę właśnie tak kiedyś myślałem i broniąc wygodnego światopoglądu, że wszystko jest o.k. i nie trzeba już o nic walczyć przeciwko nikomu (a już na pewno nie przeciw potężnym siłom rządzącym światem), niestrudzenie argumentowałem w długiej i zażartej dyskusji z uprzejmie cierpliwymi anarchistami (tego jednego nie mogłem nigdy zrozumieć, dlaczego akurat te osoby najsympatyczniejsze ze znanych mi kręgów i klimatów, sprawiające i pomimo otwartego lekceważenia ich przekonań, potwierdzające wrażenie ludzi najbardziej wporzo - wszystkie dziwnym trafem wierzą w jakieś bzdury i nieźle paranoiczne schizy bez sensu ni ładu i składu, o których nikt nigdy nie słyszał z żadnego poważnego źródła - choć jednocześnie osoby te wcale nie wydają się głupie ani też bynajmniej w taki sposób nie wypowiadają; 10 lat nie potrafiłem sobie tego wyjaśnić i jakoś nie pomogło mi w rozwikłaniu tej zagadki, że przez ten czas np. w wolnym kraju skończyłem studia, połknąłem bez liku gazet i magazynów, nie mówiąc o godzinach spędzonych przed telewizorem - prawie że nie było tam nigdzie ani śladu wzmianki o żadnej ze spraw, o których teraz robię stronkę, aż tak w nie nagle uwierzyłem, odkąd tylko zmieniłem źródła informacji na osoby o wyglądzie przyzwoitych ludzi). Ale teraz, przypadkiem (?) poznawszy już horrendalną bezczelność i oszukańczość naszego matriksu, już chyba nigdy nie będę mógł 'im' tego darować, że tak cynicznie i niesprawiedliwie okłamywali mnie jako dzieciaka wiecznie ciekawego świata i tajemnicy niewysławialnej wymowy gwieździstego nieba, gdy maniakalnie pustoszyłem biblioteki i księgarnie, a kioski Ruch-u wręcz terroryzowałem odnośnie deficytowych jeszcze wówczas komiksów - wszystko z myślą o wypełnianiu sobie czasu w możliwie interesujący sposób, gdy tymczasem według zeznań sierżanta Clifforda Stone'a już w 1989 r. mieli w grubym podręczniku 57 ras obcych opisanych pod kątem udzielania pierwszej pomocy (pracował w lotnym oddziale do zabezpieczania zestrzelonych spodków - najpierw do nich strzelają, a potem biorą na spytki, czemu się tu kręcą; odszedł z powodu przekonania, że nie powinno się tego ukrywać przed ludźmi; stał się znany, a w miesiąc po wydaniu książki pochował syna - Bob Dean skomentował to słowami: "siedzę w tym za długo, żeby wierzyć w takie przypadki"); no i w ogóle byłem wtedy jeszcze niewinny i szlachetny, zanim nie odcisnął na mnie wiadomego piętna ten świat ludzi, jak się okazuje, od kołyski po grób okłamywanych i wpuszczanych w podejrzane maliny, często nieufnych oraz wszem i wobec rozeźlonych w następstwie wszystkiego, co ich w życiu od początku spotykało ze strony poprzednich sfrustrowanych mieszkańców "tego padołu" - gdy tymczasem wygląda na to, że to może być tak, że mieszkańcy Ziemi są plus minus okrojonymi wersjami "bogów" zdolnych samą siłą woli czynić "cuda" - czy ściślej mówiąc, bogowie to byli po prostu ludzie z normalnych planet, a nie wychowankowie globu według informacji Alexa Colliera najskuteczniej w naszej galaktyce ogłupionego przez regresywnych obcych (ale rządy wszystkich państw powinny we własnym zakresie kontynuować dotychczasową politykę informacyjną - dla dobra ludzkości, wiadomo; tak przecież mówili nawet w ONZ, więc kto by się wyłamywał, skoro krew dawnych bohaterów dziś można uczcić po prostu zanosząc im kwiatki pod pomnik - i szafa gra...) - czym można się dołować lub w ślad za tym samym źródłem postrzegać to w ten sposób, że to właśnie dlatego 'my niezwykłe dusze' narodziłyśmy się akurat tutaj pomiędzy miliardami pokornych bojączkowatych, gdyż choć tego nie pamiętamy, sami sobie wybraliśmy ten świat jako najambitniejszą misję w sam raz dla najbardziej doświadczonych graczy, kiedyś (chociaż podobno tam nie ma czasu - wiele źródeł) z przekonaniem podjąwszy taką decyzję w niematerialnym wymiarze prawdziwej, pełnej świadomości, czyli nieporównywalnie lepszego rozeznania co do sensów, zasad i celów istnienia, opartego m.in. na pamięci milionów wcieleń niby na jednoczesnym wglądzie w ogół klatek prywatnej taśmy z przygodowym melodramatem s-f, jak również na możliwości błyskawicznego logowania się do sieci informacyjnej kosmosu (wszechświat nie jest imbecylem ani nie nie cierpi na Alzheimera mimo miliardów lat na liczniku, te wszystkie mgławice nie istnieją sobie tak bez sensu, tylko według licznych źródeł funkcjonują na zasadzie nieco przydługawego wedle naszej skali testu wydajności systemu, w którym przez cały czas każdy najmniejszy szczegół jest zapisywany w elektromagnetycznym dzienniku zdarzeń pod kątem optymalizacji środowiska po następnym restarcie - innymi słowy, to wcale nie jest tak, jak podczas życia na Ziemi, że wszystkiego się musisz powoli dowiadywać, tylko gdy umierasz albo doświadczasz przeżycia transcendentalnego np. w magicznie realnym śnie, to wszystko jakoś od razu wiesz, ile tylko jesteś w stanie pojąć i ogarnąć, nikt tego przed Tobą nie ukrywa, wręcz przeciwnie - tak samo, jak nauczyciele w szkole udostępniają wiedzę, zamiast ją chować po szufladach, podobnie kosmos nie widzi powodu, by komukolwiek utrudniać rozwój duchowy i sensowne ukierunkowywanie własnych działań, tak jakby więcej pożytku mogło Mu przynieść błądzenie po omacku nawet tych całkiem inteligentnych istot; z błądzenia jednostek ludzkich po omacku korzyści płyną wyłącznie dla tych, którzy starają się nimi manipulować i mają żywotny interes w utrzymywaniu ich z daleka od prawdy).
A teraz, dla porównania, prawda w wersji uniwersytecko-medialnej: ludzie to ruchome konglomeraty różnorakich komórek, które kiedyś przypadkiem powstały tak sobie "z głupia frant", bo akurat woda się zagotowała, a był to zapewne jednorazowy wybryk na skalę kosmosu; dzieci nawijające o swoich poprzednich wcieleniach na innych kontynentach przypadkiem bredzą do rzeczy i zgodnie z weryfikowalnymi w rejestrach danymi; osoby zaczynające w transie mówić lub pisać w nieznanych sobie językach mają po prostu lingwistycznego farta i zwyczajnie potrafią wymyślić na poczekaniu dokładnie taką samą mowę, jaką już gdzieś kiedyś ukształtowali inni ludzie, zresztą to może być np. po prostu kolejny z tych archetypów zakodowanych w ludzkich genach, ten akurat z kolei odpowiedzialny za naturalny semantyczny rozkład systemu słów i fonemów - widocznie to stąd się bierze, przecież musi istnieć jakieś racjonalne wytłumaczenie... A tak w ogóle, to żyje się tylko raz i w związku z tym rozsądnie jest całe życie bardzo bać się śmierci, ponieważ oznacza ona totalny kres wszystkiego i nieodwracalne wygaszenie kineskopu, a zatem raczej nie warto zbytnio ryzykować, wychylając się ponad normę ani rzucając rękawicę siłom znanym z pogróżek i morderstw za szlachetność - to się po prostu nie opłaca, zresztą szlachetne uczynki i postawy zwracają się tylko według ludowych przesądów i starodawnych wierzeń religijnych, a wręcz nie wierzy w to już pewnie ok. 80% ludzi chodzących co tydzień do kościoła. Natomiast kto usłyszy, że kosmici nieszczególnie boją się śmierci, że ani dobrzy, ani "źli" nie widzą w niej większej tragedii, tylko prawie że już umierając myślą, co wywiną znowu następnym razem - niech sobie lepiej da spokój z takimi wziętymi nie wiadomo skąd bzdurami i jak normalny człowiek zaufa komunikatom władz, ustaleniom naukowców oraz astronomów z rządowych agencji i obserwatoriów, że co oko teleskopu wykol, w kosmosie w każdą stronę widać jedynie totalny bezruch i martwą pustkę, planety-piece albo planety-zamrażarki, lub takie w ogóle bez gruntu, z samego gazu, czy gdzie warunki panują gorsze niż pod sarkofagiem w Czarnobylu, ewentualnie globy-pustynie bez kropelki wody, ale te są najrzadsze, jak przystało na najbardziej podobne do fragmentów naszej; zresztą w ogóle planety to rzadki fenomen i prawdopodobnie tylko u nas tyle się ich porobiło, że niejedną można zobaczyć gołym okiem - a to tylko po prostu kolejny lokalny ewenement, na temat którego warto śledzić domysły naukowców z prestiżowych miesięczników i w miarę się orientować, podobnie jak że wszystkie do tej pory odkryte w oddali globy krążą wyłącznie wokół gwiazd masakrycznie radioaktywnych - każdy, kto się zna i jest na bieżąco z najnowszymi osiągnięciami nauki, na pewno o tym wie, że w kosmosie póki co ani śladu takich umiarkowanych planet, jak nasza, a wręcz pomału można już zacząć oswajać się z myślą, że nie znajdzie się taka ani jedna więcej przy żadnej z setek miliardów gwiazd zawieszonych w każdej z setek miliardów galaktyk - faktycznie, to skrajnie mało prawdopodobne, a poza tym przecież niechybnie by oznaczało, że jednak nie występujemy całkiem solo na arenie Wielkiego Wybuchu (szok, aż trudno uwierzyć..!) i że naprawdę istnieją jacyś kosmici (ha, ha - no pewnie, oni są wszędzie, te zielone ludziki; a zmieniając temat, jakie bierzesz leki..?). Ogólnie owszem można by przypuszczać, że w naszej galaktyce istnieje jeszcze wiele innych cywilizacji, dlaczego nie - gdyby nie to, że w SETI od dziesiątek lat uważnie nasłuchują na okrągło całą dobę i niestety, ale w promieniu wielu lat świetlnych nic tylko cisza, dająca wiele do myślenia... Tak oprócz filmów to chyba już w ogóle nigdzie nie ma żadnych kosmitów - w każdym razie na pewno każdy, kto mówi, że jakiegoś widział, jest chory psychicznie - zatrudnisz takiego, zaprosisz do domu..?
Kto w ogrodzie zoologicznym włoży palec do akwarium z piraniami i zostanie ugryziony, w oparciu o zdrowy rozsądek ma prawo spodziewać się generalnie podobnych doznań podczas ręcznego sprawdzania temperatury wody w następnych zbiornikach z innymi odmianami tych rybek. Kto zaufał i pożyczył siano spidziarzowi-hazardziście, a potem miał spory problem z wyegzekwowaniem zwrotu długu, ten może na dalszej drodze życiowe `j oczekiwać podobnej uczciwości ze strony innych poważnie uzależnionych osób, chyba że nie potrafi samodzielnie wyciągać najprostszych wniosków, tylko zawsze wierzy w to, co mu się powie sztywno patrząc w oczy. Kto dał psu niezjadliwe mięso marki znanej z trzymania krów przez całe życie w bezruchu i półmroku, a czworonóg od razu się rozchorował, nie powinien więcej kupować takiego badziewia, o ile tylko potrafi logicznie kojarzyć fakty. Ale uwaga, istnieją wyjątki, nie zawsze bowiem rozsądne przypuszczenia cechują się oczywistością, sensownością i wysokim prawdopodobieństwem trafności w kontekście obserwowanych okoliczności: nasi niezłomni przodownicy nauki w swoim oddaniu sprawie poznawania prawdy, nawet takiej niewygodnej dla stanów uprzywilejowanych (zresztą wystawiane do ludzi autorytety zawsze przecież były bezstronne, nieugięte, niezawisłe, niezłomne i obiektywne: zerknijmy przez wieki na przeszłość, jakie pletli bzdury i tomy o tym nabazgrali za pieniądze z podatków naszych przodków, a jak wyśmiewano mających rację, za którą ginęło się z głodu albo za pełną szczerość na stosie, dopóki nie wymyślili tych statków szaleńców, a ostatnio samobójstw zawczasu wielekroć dementowanych przez samych późniejszych 'samobójców' - gdy za ufo nie można już zamykać do czubków, bo za dużo się porobiło wypowiedzi astronautów i nagrań, a w Meksyku był(?) nawet taki program w stylu "Śmiechu warte", tylko że tam ludzie nadsyłali wideo z ufo [w Meksyku mają najwięcej obserwacji na świecie, chociaż to pewnie te amerykańskie z pobliskich nieistniejących baz; poświęcił się temu były 'meksykański Zygmunt Chajzer', obecnie światowej sławy ufolog Jamie Maussan - w linku m.in. słynny materiał upubliczniony przez meksykańskie siły powietrzne z oryginalnym komentarzem pilotów w języku hiszpańskim - od ok. 8 minuty, warto też zajrzeć np. na minuty '21, '28 albo 68'-73' i potem zapytać przy okazji ulubionego dziennikarza, dlaczego nigdy nie powie o tym, zamiast ciągle życzyć miłego wieczoru] i zastanówmy się, czy kiedykolwiek, np. gdy w naszym świecie pojawiały się pierwsze latarnie uliczne, tory tramwajowe albo potem automobile - zaszła jakaś rewolucyjna zmiana funkcjonującego systemu przyznawania pieniędzy naukowcom na ich 'pracę', jaka mogłaby odstraszyć pokornych naśladowców wytycznych starej kadry i rozwijaczy przyjętych poglądów) - zdołali już odkryć w przyrodzie istotne odstępstwa od reguły logicznego wnioskowania, nie tylko takie związane z 'racjonalnymi' wytłumaczeniami dziesiątek milionów odnotowanych w rejestrach ONZ obserwacji niezidentyfikowanych obiektów latających bądź zanurzonych (ang. 'USO' - Unidentyfied Submerged Object - podobno tego jest tyle samo, co w powietrzu, tylko mniej ludzi śmiga po głębinach i dlatego rzadziej jest to obserwowane). Otóż np. nawet kiedy wiesz, że Twoją planetę zamieszkują formy życia tak liczne i różnorodne, że miliony biologów przez wieki nie zdążyły ich jeszcze wszystkich odkryć i ponazywać, a już po najbliższej okolicy krąży niemało innych planet, przy czym na wielu z nich lub ich księżycach występuje woda w takim czy innym stanie skupienia - to wbrew pozorom całkiem bez sensu byłoby spodziewać się czegokolwiek podobnego w sąsiedztwie którejś z milionów bilionów pozostałych gwiazd, to głupie przypuszczenie i absurdalne negowanie ustaleń naukowców, którego zresztą przez kilkadziesiąt lat jakoś nie podparł jeszcze żaden teleskop na świecie, a wręcz przeciwnie - więc nie wariuj, jak pomylony/-a, tylko myśl trzeźwo i może orientuj się nieco co do stanu współczesnej wiedzy na ten temat; ewentualnie, no dobra, mogą sobie gdzieś istnieć jakieś durne robaki z planety bagien - ale jakieś ssaki czy gady z planety starszej od naszej o miliardy lat..? Coś podobnego, ha ha, co za brednie - skąd ci się to wzięło w głowie, zażywasz coś..? Tak mówili rozmaici byli wojskowi oraz naukowcy, ministrowie i wieśniacy z wielu krajów..? E tam, to jakieś bzdury - "to dlaczego nie było o tym w telewizji..?" - weź nie dawaj się ogłupiać tanimi ściemami dla naiwnych...
P.S. Makabrycznie długie zdania to moja osobista patologia jeszcze z czasów szkolnych, kiedy nieraz liczenie słów w zdaniu wypracowania przynosiło wynik typu 145 - ale ostatnio chyba jeszcze mi się to nasiliło; postaram się coś z tym zrobić, bo jednak chodzi o to, żeby to się dało zrozumieć; na razie sorka - ja też jak to czytam, to muszę wracać wiele linijek do poprzedniej kropki żeby sobie przypomnieć, o czym była mowa...
P.S.II: Ludzi dobrej woli i inne nawiedzone osoby uprzejmie proszę o zgłaszanie nieaktywnych linków i/lub skasowanych z serwisów wideo filmów, w celu zastąpienia działającymi namiarami; bez obaw, że mam tu natłok takich listów - przez rok od uruchomienia witryny na podany adres e-mail napisało niecałe dwadzieścia osób.
P.S.II: Wiele
opisywanych tu hipotez, bądź teorii przedstawianych na zaprezentowanych
filmach, do pewnego stopnia nawzajem zadaje sobie kłam lub
przynajmniej jak gdyby rozpycha się łokciami w walce o prymat i
uznanie niewidocznych tłumów osób już zorientowanych co do faktu, że szkoła kłamie.
Może to dlatego, że badacze tych ukrywanych tematów to też tylko ludzie
i częste jest takie podejście "cześć, ja znam prawdę, oto ona: to było tak
i tak, a teraz jest siak - kapewu..?". Ja osobiście nie jestem, z tego
co mi wiadomo, członkiem żadnej arystokratycznej rodziny, współpracownikiem
tajnych służb bądź zakonów, ani agentem z innego świata czy wymiaru - toteż
nie znam prawdy, bo niby skąd, więc i nigdy nie wydaje mi się, że ją znam
- tylko najwyżej czasami, że "teraz to wszystko pasuje do siebie bardziej,
niż kiedyś". Dlatego opisuję i zamieszczam te rozmaite punkty widzenia jak
gdyby "do wyboru" - bo to chyba najuczciwsze postępowanie w tej sytuacji, której
zarys i ciężar gatunkowy niewątpliwie składają się na zasadność prób
wyjaśniania, choćby najbardziej amatorskich, byle szczerych i bez nastawienia
"hej, to za rok już to wszystko będziemy mieli rozwikłane na 100%, a mój kumpel
właściwie to już odgadł prawdę..." Kiedyś jak napiszę o tym wszystkim książkę,
to też potem będzie mi trudno w obliczu nowych informacji nagle publicznie
zanegować hipotezy z własnego bestsellera, którego sprzedaż właśnie zaczęła
nabijać mi konto po latach przepękanych na skromnym ufologicznym wikcie - ale
póki co jeszcze nie muszę "obstawać przy swoim", więc to chyba dobrze i obym tak
wytrwał do końca - mojego lub ukrywania tych tematów...